/ nasze blogi, 2015-03-31, odsłon 21307 /
Kilka dni temu zdarzyło się coś, co nie tylko wytrąciło mnie trochę z równowagi, ale i napełniło głębokim smutkiem. Właśnie wszedł na polskie ekrany bardzo sugestywny i doskonale zrobiony film, o eksterminacji narodu czeczeńskiego przez armię rosyjską. W TV Republika obydwaj recenzenci skrytykowali film jako „propagandę antyrosyjską”. Starszy z premedytacją. Młodszy po chwilowym zaskoczeniu, przyłączył się do tego chyba w wyniku niedojrzałości.
Przyznaję, miałem już napisany zupełnie inny tekst dotyczący TV Republika. Chciałem zamieścić go w niedzielę. Umieszczę za 2 dni. A teraz o programie, który mnie zbulwersował.
Sprawa dotyczy programu Magazyn Filmowy. Kto czasami ogląda ten wie, że prowadzi go młody, grzeczny, miły i inteligentny Jakub Moroz, ale tak naprawdę wodzirejem jest wygadany i obyty krytyk filmowy Krzysztof Kłopotowski. Pamiętam, że w dalszej przeszłości obserwowałem jego próby znalezienia sobie miejsca w realiach polskiej rzeczywistości medialnej. Zadania nie miał łatwego, bo przyjechawszy z USA był zbyt samodzielny myślowo by rozdający karty i zaproszenia do programów lewacki mainstream uznał go za swego, a jednocześnie silniejsze zaistnienie poza nim było mało realne. Bo gdzie? Tacy ludzie są zmuszeni do niejakiej ekwilibrystyki, jak tu być sobą, osoba wolną w myśleniu i wyrażaniu poglądów ale za bardzo nie podpaść którejś ze stron i swojej godności. Starałem się to zrozumieć, i pomimo niechęci do różnego rodzaju krytyków filmowych, literackich i muzycznych /przeważnie przerost ego i formy nad treścią, w stosunku do łatwości zadania/ nawet dość go lubiłem. Jako postać „charakterystyczną”, wyrażającą się pewną dezynwolturą, no i nie lewaka. A nieco rozumiem przecież realia.
To co zrobił jednak przez pierwsze 10 minut ostatniego programu i omawianiu filmu „Rozdzieleni” o napaści Rosji na Czeczenię, uważam za rzecz więcej niż skandaliczną. Przy omawianiu tego przejmującego filmu, który akurat wszedł na polskie ekrany, zarzucając z punktu i dobitnie temu filmowi „antyrosyjską propagandę”, sam wszedł w rolę nie tylko propagandzisty, ale i przygotował sobie argumenty będące zwykłą manipulacją. Dlaczego to zrobił, nie wiem. Ale nie było to uczciwe.
A sympatyczny i grzeczny młody człowiek który program realizuje, w konfrontacji ze starym wygą, obytym i wygadanym „dostosował się” do jego toku narracji. Trzeba powiedzieć, że troszkę próbował ten film bronić, ale albo nie za bardzo był do tematu przygotowany, albo sytuacja go przerosła. Cóż, kiedyś dojrzeje, pozna życie, może będą z niego ludzie. Na razie może powinien zafundować sobie trening asertywności. Bo gdy jedna osoba jest miłym lelum-polelum a druga starym życiowym wiarusem, sytuacja staje się trochę asymetryczna.
Inna sprawa, ze stary wyga od początku był dobrze przygotowany, miał plan, już w pierwszych sekundach zaskoczył młodego prowadzącego a później kompletnie zdominował swoją tezą powtarzaną kilkakrotnie. A głównym celem Kłopotowskiego, tak mi się wydaje, było narzucenie i prowadzącemu i widzom tezy, że to „propaganda antyrosyjska”. I tak naprawdę wcale nie chodziło do zachętę do obejrzenia filmu. W Polsce słowo „propaganda” jest źle odbierane. No a skoro „propaganda” to w podtekście „jak ktoś chce to proszę, ale to niskie loty”.
Krótkie wprowadzenie do tematu. Mało osób orientuje się, że Czeczenia przez całe wieki, jak Gruzja do teraz, była krajem chrześcijańskim. Islam, w formie bardzo łagodnej zresztą i okolicznościach których nie będę tutaj przytaczał, przyjęła dopiero w XVIII w. Do teraz zauważalnych wiele wiele chrześcijańskich pozostałości, m.in. lokalne kulty św. Jerzego i elementy starej sakralnej architektury. Historia Czeczenii, z jej walką przeciwko rosyjskiemu imperializmowi, bardzo przypomina historię Polski. Wspólne elementy są niekiedy zadziwiające.
Carska Rosja podbiła nieduży Kaukaz dopiero w XIX w, po 30 latach krwawych pacyfikacji, paleniu wiosek, miasteczek i lasów. Nastąpiło to w 1864 roku, niedługo po krwawym stłumieniu Powstania Styczniowego w Polsce. W pewnym momencie na Kaukazie przebywało i prowadziło walki ….500 tysięcy wyszkolonych żołnierzy carskich. Całe następne lata są bliźniaczo podobne do historii Polski i polskich zmagań z Rosją „białą” a później bolszewicką. Dzisiaj Czeczenia liczy ok 1 mln mieszkańców. W poprzednich latach, Rosjanie wymordowali ponad 200 tysięcy, w połowie kobiety i dzieci.
Po rozpadzie ZSRR w 1991r. Czeczenia ogłosiła niepodległość uznaną przez Gruzję. Później Rosjanie próbowali przymusić ją do podpisania „dobrowolnego układu stowarzyszeniowego”. Czeczenia odmówiła i po trzech latach niepodległości, w roku 1994 Rosjanie wysłali do Czeczeni swoje wojska. W pierwszym etapie nalotami niszczyli miasta, w stolicy Groznym zginęło 30 tysięcy osób w tym 15 tysięcy dzieci. Jednak Rosjan wyparto, Czeczenia była wolna, chociaż gospodarczo i agenturalnie paraliżowana przez Rosję. W 1997r odbyły się wybory pod kontrolą zagranicznych obserwatorów, których jednak Rosja nie uznała. W 1999 r. Putin wysłał na Czeczenię nową armię a po ataku na World Center w roku 2001 r Europa i USA „sprzedały” Czeczenię w zamian za pomoc Rosji w walce z terroryzmem islamskim na świecie i w 2002 r walki Czeczenów upadły. Wszystkich mężczyzn i chłopców od 14 r życia wzwyż, którzy nie poparli reżimu, poddano torturom lub zgładzono w tzw. „obozach filtracyjnych”, podobnych do byłych obozów i więzień NKWD w Polsce, kobiety były wyciągane z domów, wywożone i zbiorowo gwałcone aż zapanował „pokój”. W imię większych interesów politycznych świat i dziennikarze przestali się Czeczenią interesować. Ci którzy próbowali znikali bez śladu. Robiły to tylko jednostki, np. właśnie francuski reżyser filmu ” Rozdzieleni” i Anna Politkowska , mieszkająca w Moskwie. Ukrainka z pochodzenia zresztą. Uznana przez Putina za największego osobistego wroga, próbowała jeździć do Czeczenii i pisać reportaże. Wiele razy „ostrzegana”, w 2006 roku zginęła w Moskwie od strzału w tył głowy. W dniu imienin Putina. Tyle w dużym skrócie.
A sprawa dotyczy właśnie filmu „Rozdzieleni”, francuskiego reżysera o nazwisku Michel Hazanavicius. O zbrodniach rosyjskich w Czeczenii. Mocnego i emocjonalnego filmu który można zobaczyć w Polsce w kinach, nie wiem w ilu kopiach, ale także w internecie.
Film ten na ostatnim festiwalu z Cannes jako „propaganda antyrosyjska” został zmieszany z błotem przez lewackich krytyków filmowych którzy starają się sterować i zarządzać opiniami i oglądalnością, po prostu histerycznie wdeptali go w ziemię. Zwykła publiczność jednak przyjmuje go bardzo dobrze, nie napiszę, że szeroka publiczność, bo nie wiem jaki ma zasięg. Pewne kręgi robią wszystko, by do niego zniechęcić i by miał jak najmniejszą oglądalność. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego KK poszedł tą samą drogą. Po prostu nie rozumiem.
Tutaj zrobię wstawkę i krótko zacytuję sposób myślenia twórców tego filmu, ustami francuskiej aktorki tego filmu Berenice Bejo, z pochodzenia Argentynki, zarazem żony reżysera.
Sam reżyser to osoba niezupełnie przypadkowa, żaden tam amator, nakręcił 11 filmów, jego poprzedni film „Artysta”, czarno-biały i absolutnie wart obejrzenia , w 2012 r.zdobył sporo nagród w świecie, także główną w Cannes/Cezara/ ,miał także te 10 nominacji do Oskara, zdobył 5 Oskarów , w tym za najlepszy film. A sam reżyser był nominowany za scenariusz i montaż bo wszystko robił sam, i ….otrzymał Oskara dla najlepszego reżysera. Umie kręcić dobre filmy.
Ale oddaję na chwilę głos jego żonie i aktorce filmu zarazem. Jak z wywiadu wynika, M.H. nakręcił już kilka lat temu dokument o Czeczeni ale i o masakrach w Rwandzie. Trudno go więc posądzić o nakręcenie Rozdzielonych „na zamówienie”.
/Wywiad-fragment/
Czeczenia zapomniana. „Rozdzieleni” wchodzą do kin
/…/
Dzięki „Rozdzielonym” dostaliśmy szansę, żeby przypomnieć opinii publicznej o konflikcie, który w oczach zachodniego świata nie jest już medialny – mówi francuska aktorka Bérénice Bejo, która zagrała w filmie główną rolę.
Większość widzów kojarzy Michela Hazanaviciusa jako reżysera komedii, zwłaszcza nagrodzonego Oscarem „Artysty”. Teraz wraca z dramatem o konflikcie w Czeczenii. Skąd ta wolta?
Michel już przed „Artystą” zrealizował dokument o Czeczenii, przyglądał się też ludobójstwu w Ruandzie. Od wielu lat marzył o następnym kroku – fabule zaangażowanej społecznie i politycznie. Ale się bał. Dopiero po Oscarze zdecydował się na ten odważny krok.
Czego się bał?
Przede wszystkim chciał uniknąć żerowania na ludzkiej tragedii. Za żadne skarby nie popaść w tani sentymentalizm, pilnować, by historia była przedstawiona realistycznie… Poza tym „Rozdzieleni” to jego pierwszy rozgrywający się współcześnie film. Czyli dodatkowe utrudnienie.
Sukces „Artysty” na pewno ułatwił mu sytuację, przynajmniej na starcie.
Oczywiście. Film zdobył liczne nagrody i zaskarbił sobie sympatię publiczności. Dzięki temu Michel miał inwestorów gotowych wyłożyć pieniądze na następny projekt. W innym przypadku nie zdobyłby najprawdopodobniej wsparcia finansowego. Bo kto uwierzyłby w fabułę z czeczeńskimi, rosyjskimi, francuskimi i angielskimi aktorami opowiadającą o konflikcie w Czeczenii? Na takie filmy fundusze dostaje tylko Angelina Jolie.……………………………………………
Kiedy na planie padł ostatni klaps, poczuliście, że misja została spełniona?
Misja… To brzmi patetycznie, ale mój mąż jest idealistą, pasjonatem i to słowo do niego pasuje. Michel wie, że nie zmieni świata, ale przynajmniej wysyła mu sygnał. Nie przestaje próbować. Dzięki „Rozdzielonym” dostaliśmy szansę, żeby przypomnieć opinii publicznej o konflikcie, który w oczach zachodniego świata nie jest już medialny. Kiedy reżyser chce pokazać w filmie przemoc tak, by poruszyć widza, musi przemyśleć strategię. W mediach strumień obrazów jest ciągły, ogłupiający. Ile razy włączymy telewizor, już za chwilę pojawia się w wiadomościach z Syrii, Ukrainy, Libii, Darfuru… I te straszne obrazy przez nas przelatują. Nic nas już nie szokuje, mamy znieczulicę.
…………………………………………….
Uważasz, że aktor, jako osoba rozpoznawalna, powinien starać się uwrażliwiać swoich fanów na społecznie ważkie tematy?
Tak. Myślę, że to ogromnie ważne, żeby wykorzystać swoją pozycję i sławę, żeby zrobić coś dobrego. Oczywiście niektórzy wolą zachować swoje przemyślenia dla siebie i nic mi do tego.
……………………………………………
Po canneńskiej premierze posypały się na was gromy. Jak znieśliście krytykę?
Do Cannes podeszliśmy jak naiwniacy. Pokazywaliśmy tam wcześniej „Artystę”, było fantastycznie. Myśleliśmy: lubią nas, nie zdradziliśmy Europy dla Hollywood. A do tego nie uciekliśmy w komercję, przywozimy im ważny film! Jak bardzo się myliliśmy… Krytycy wylali na nas wiadro pomyj. Byliśmy skonfundowani, tym bardziej że wcześniej, na pokazach z publicznością, reakcje były entuzjastyczne……………………….
/Za. Dz.G.P. Anna Tatarska/
A jakich manipulacji użył Krzysztof Kłopotowski by zdyskredytować ten film?
Otóż najpierw na samym początku, gdy prowadzący zapytał, „od czego zaczniemy”, bardzo dobitnie i twardo wyartykułował : „Zaczniemy od propagandy antyrosyjskiej”. Zrobił to tak mocno, i kilka razy do tego nawiązał, że kwestie które potem mówił, na temat rzeczywistego okrucieństwa żołnierzy rosyjskich, które „przecież uznaje” a silnie i niechętne emocje nawet poleca, ginęły pod słowem „propaganda”. Pan Kłopotowski nie zauważył jednak, że to on wpadł w sidła odwrotnej propagandy, używając zresztą intensywnej manipulacji . Cóż bowiem znaczą zdania takie jak:
- „Moim zdaniem,temu filmowi brakuje refleksji nad tym,że wojna w ogóle, każda walka w ogóle wyzwala okrucieństwo….” / Tak sobie Czeczeni, milionowy naród, napadli na 120 milionową Rosję i była jakaś tam „wojna” . Jakoś gdzieś uciekło K. K, że z jednej strony występował mały naród , który bronił swojego domu, o populacji niemal połowę mniejszej od Warszawy. Naród jak Polska ciężko doświadczony przez carat, później bolszewików i Stalina, nie mniej niż my, został po prostu kiedyś wysiedlony ze swojej ziemi w bydlęcych wagonach. I kiedy wrócił na swoje ziemie to nie chciał się podporządkować krwawej, zaborczej i znienawidzonej Rosji. I że z tym narodem, mężczyznami, kobietami i dziećmi, walczyła armia samych wyszkolonych, młodych żołdaków przysłanych na czołgach, helikopterach i samolotach. W imię czego? Imperialnej władzy. No ale Panu Kłopotowskiemu „brakuje refleksji”. Argument cyniczny.
- „Ale pamiętajmy też o jednym proszę, że mianowicie Amnesty International i Rada Europy uznały obie strony konfliktu dopuściły się brutalnego pogwałcenia praw człowieka”. Czyli, zginęło ich co prawda ponad 200 tysięcy, /Rosjan uzbrojonych po zęby 15 tys/, to porównawczo jak w Polsce wymordować 5-6 milionów, ale „oni też nie byli święci”. Podobna narracja, sterowana przez Rosję, jest dziś na Ukrainie. To Ukraińcy bombardują rosyjskie miasta? Oni są napastnikami? Czy się bronią by nie być pomordowanymi? Ale Pan Kłopotowski ma takich argumentów więcej./Jak ładnie powiedziane, „też pogwałcili prawa człowieka”. Czyli prawa agresora. Więc jak ktoś napadnie na czyiś dom, okradnie, zgwałci córki, poderżnie gardło żonie a mężczyzna chwyci za coś by ich bronić i uszkodzi napastnika, to się okaże, że „obie strony konfliktu dopuściły się…”/
- „Więc to nie jest tak, jak pokazuje nam reżyser, to co pokazuje, to jest propaganda antyrosyjska”………..”..zmarnowana okazja ale…..współproducentem tego filmu jest Gruzja, która ma swoje porachunki z Rosją”. / I znowu zrównanie ogromnego agresora i maleńkiej ofiary, „ma swoje porachunki”. W myśl tej narracji kura ma „porachunki” z lisem, wróbel ma „porachunki” z jastrzębiem” a ofiara na szafocie ma „porachunki” z katem. Oczywiście, Gruzja ma takie „porachunki”, że patrzy by przeżyć, by Rosjanie nie zrównali z ziemią Gruzji i nie wymordowali części ludności, część terytorium już zajęli, przed najgorszym uratował ich kiedyś śp. Lech Kaczyński. A Gruzja jest „współproducentem” bo w niej kręcono wiele kaukaskich scen. A gdzie mieli kręcić, w Paryżu? Jakiś dziwny, sadystyczny sposób narracji pana K.
- A już szczyt manipulacji jest zdanie krytyka brzmiące: „Przypomnijmy sobie bodaj najlepszy film, też propagandowy, rosyjski pt. „9-ta kompania”/ O „dzielnych” rosyjskich wojakach w Afganistanie. Wymordowali 1 milion Afgańczyków, ale naród duży, Rosjanie musieli się wycofać. I tu poleciał jakiś fragment/. I znowu fałszywe i manipulacyjne zrównanie ofiar z najeźdzcą. Proszę, tacy sami, ci mają jakiś film propagandowy, tamci także, ot, mają jakieś porachunki. Skąd my tą szkołę znamy, ten cyniczny sposób narracji? A film rosyjski powstał na zapotrzebowanie Putina, był częścią wielkiej rosyjskiej i putinowskiej machiny odwracania kota ogonem. W obronie kata. Film „ Rozdzieleni” jest prywatnym projektem w obronie ofiary. Filmem, który musiał sobie szukać finansowania. Jest filmem nakręconym przez kogoś „z zewnątrz”, spoza teatru tej nierównej wojny. Dlatego zrównywanie go z typowo propagandowym rosyjskim filmem robionym na zamówienie „cara” i z potrzeby chwały dla rosyjskiego imperializmu jest czymś naprawdę totalnie cynicznym. Przyznaję. Cały czas nie mogę pana K. zrozumieć.
_ No i dalej „Mimo mojej negatywnej oceny wymowy tego filmu…..”. Na końcu panowie
zgodzili się, że „jednak” polecają. Przedtem jednak odpowiednio „sformatowali” umysł potencjalnego widza.
./ „Kochanie, ten żakiecik bardzo cię postarza, zresztą wyglądasz w nim bardzo niezgrabnie, ale jeśli chcesz to oczywiście kup, jak najbardziej….” Ot, podobnie, „zachęcający” sposób narracji/.
Na szczęście czytałem w internecie wiele opinii widzów po obejrzeniu filmu i w swojej masie są zupełnie inne niż „zawodowych krytyków”, na osądy których zresztą patrzę zawsze z rezerwą. Nigdy nie wiadomo czym tak naprawdę się kierują. Cieszy mnie to, że nareszcie znalazł się twórca, kto pochylił się nad losem tego wyniszczonego przez Rosję, a tak dzielnego narodu.
Trzeba przyznać, że prowadzący program Jakub Moroz dał się kompletnie zdominować i dostosował do starszego krytyka filmowego. Nie chce mi się cytować całości, wspomnę tylko jego pewną „mądrość”, że „jak ktoś podejmuje się wojny partyzanckiej, to musi się liczyć z brutalizacją przeciwnika”./czyli Rosjan/. Miłe. Coś w stylu „sam tego chciał”. Od siebie dodam, tak, rzeczywiście, AK i Żołnierze Wyklęci też „sami chcieli”. A w ogóle, to po co się opierali? Ale kto ciekawy całości , na TV Republika może sam obejrzeć, pierwsze 10 minut programu.
Smutne to, że wielu Polaków, niezbyt się zagłębiając w temat, ulega rosyjskiemu tokowi narracji i właśnie rosyjskiej propagandzie. Od ludzi mediów, prawicowych i patriotycznych spodziewał bym się czegoś innego. Cóż, mam jakąś cichą nadzieję, na pewne „zadośćuczynienie” i dłuższą dyskusję na temat tego filmu, w większym gronie i z udziałem np. Lisiewicza, który zdaje się widzieć tragedię Czeczenów. O, Lisiewicz kontra Kłopotowski. Ta odrobina szacunku i czasu się Czeczenom należy. A widzowie programu obejrzą przedtem film w kinie albo internecie i będą kibicować i wyciągać własne wnioski. Jakie by nie były, to była by uczciwa i obiektywna sytuacja. Jak dla mnie, to na ten film powinni całymi klasami chodzić polscy licealiści a nie przymusowo na wydumane brednie w stylu „Hiszpanki”.
A na koniec o Czeczeni i Gruzji oczami rodziny Anny Pawełczyńskiej, autorki książki „Koniec Kresowego Świata”. Świat niedługo przed rewolucją, zanim bolszewicy rozpoczęli dzieło ostatecznego zniszczenia, co dzisiejsza Rosja kontynuuje w prostej linii. Przepraszam, że zacytuję prawie dwie strony tej książki. Gdy ktoś nie ma czasu, może sobie podarować. Poznawczo książka jest naprawdę warta przeczytania, do tego klimatyczna. Cały poniższy tekst autorka poświęciła swojej rodzinie i Czeczenii. Niech to będzie i okruszek szacunku dla tego narodu i z mojej strony.
Tak widziała prawdziwych Czeczeńców rodzina Anny Pawełczyńskiej. Szlachecka rodzina z Polesia, rzucona w świat przez wichry historii. Czyż to nie wspaniały materiał na film o przyjaźni ludzi uciskanych przez carat i o antykomunistycznych narodach?
„Na świecie toczyła się dalej Pierwsza Wielka Wojna. Wszędzie było głodno i niebezpiecznie. W tej trudnej sytuacji najlepiej powiodło się Edmundowi. Nie pragnął na razie stabilizacji. Zmuszony do porzucenia rodzinnych stron / Kresy, Podole, m.j/ postanowił zmienić całkowicie tryb życia. Miał różne pomysły. Wybrał, zdawałoby się najbardziej nierealny i romantyczny. Wyjechał na Kaukaz i został myśliwym, aby w ten sposób zarabiać na swoje utrzymanie. Osiedlił się w Groznym /stolica Czeczenii, m.j/ Tam znalazł drugą ojczyznę i dom. Nauczył się po czeczeńsku mówić, myśleć i śpiewać. W gronie tamtejszych mężczyzn, którzy przyjęli go do pobratymstwa/…/
Ale nie tylko zabawa połączyła go z mieszkańcami Groznego. Jego wiedza rolnicza także była tam przydatna. /…/ Na terenie Kaukazu nawiązał wiele serdecznych znajomości. Był znacznie lepiej wykształcony niż ludzie Kaukazu i często mógł służyć dobrą radą. Miał też szybki refleks. Wielki spryt i sytuacyjne poczucie humoru. Dzięki temu w trudnych sytuacjach ratował ludzi, z którymi się zaprzyjaźnił /Czeczenia była pod carskim butem m.j/. Jego pozycja była tak dobra, że zdecydował się sprowadzić do Czeczenii część rodziny. Przyjechały dzieci najstarszego brata, czyli Antolek, Jadzia,, Wacek i Tadzio, a potem najstarsza siostra z mężem. Część spośród nich pracowała, a część uczyła się. Stryj odkrył w sobie talent handlowy i umiejętność sprawnego poruszania się w bagnie rosyjskiej biurokracji. /…/Zawiązał z Czeczeńcami spółkę, zapewniając im pracę i dobry zarobek.
/…/Wiedział też, jaką należy wręczyć łapówkę, aby uchronić od poboru do wojska przynajmniej niektórych z czeczeńskich przyjaciół…….
Edmundowi powodziło się coraz lepiej. Miał już spore oszczędności w złotych rublach. Z listów nadchodzących z Pruszkowa wiedział, co się dzieje z rodziną. A działo się raczej źle. Najstarszy brat Antoni nie radził sobie z utrzymaniem pozostałej tu rodziny. Wszyscy marzli i głodowali. Edmund, zwany przez siostrzenice i bratanków Strymunio, jesienią 1916 r gościł już w swoim domu w Czeczenii wiele osób. Grozny stawał się dla Pawełczyńskich drugim domem, gdyż życzliwość i serdeczność jaka ich otaczała, tworzyła poczucie rodzinnej bliskości./…/
Podczas gdy Edmund wrastał w Czeczenię, którą po wielu latach wspominał jako drugą ojczyznę, Henryk ukończył w 1915r. gimnazjum w Warszawie. Planował wyjazd do Groznego. Wahał się trochę, gdyż marzyły mu się studia historyczne. O jego dalszych losach zadecydowało powołanie do rosyjskiego wojska. Wiosnę 1916r. Został wysłany do szkoły oficerskiej w Tiblisi /Gruzja/. Był pełen niepokoju. Polaka pragnącego walczyć o wolność swojej ojczyzny, zmuszono do tego, by walczył, a może i zginął za cudze i obojętne sprawy. Na szczęście…../…/
Otoczyła go sympatia, życzliwość i opieka Gruzinów. Dogadał się i zaprzyjaźnił ze swoimi kolegami. Kiedy miał przepustkę, goszczono go serdecznie w gruzińskich domach./…/
Któregoś dnia jego zwierzchnik wezwał go do siebie i powiedział, że ceni dzielnych i walecznych Polaków. Postanowił go uchronić przed obcym dla Gruzinów i Polaków rosyjskim wojskiem. Obiecał szkolić go tak długo, aż wojna się będzie kończyć. Słowa dotrzymał. Kiedy jesienią 1917r wybuchła rewolucja, poradził mu, by uciekał do brata. W ten sposób rodzina Pawełczyńskich w Groznym stała się jeszcze liczniejsza. Żyli tam w otoczeniu zaprzyjaźnionych lojalnych, szczerych i godnych zaufania Czeczenów.
Obaj pokochali Kaukaz. Płodne doliny, wypełnione winną latoroślą, dzikie górskie stromizny, rzeki i górskie chłodne potoki. Ale najbardziej ludzi dumnych i szczodrych, tak bliskim Polakom i tak różnych od zagrażających obu narodom fałszywych Moskali./…/
Później, już w wolnej Polsce, wspominali kaukaskie narody z największą serdecznością i czułością, mówiąc o wzorowych postawach przyjaźni, miłości rodzinnej, wierności, lojalności i wszystkich staroświeckich zasadach, które nadawały sens i spoistość ludzkim wspólnotom.
Wybuch rewolucji bolszewickiej zastał stryja w Groznym. Do końca 1917r. panował tam względny spokój. W 1918r Czeczeńcy zaczęli organizować się przeciw bolszewikom/…/ Tym razem stryj nie uchylił się od współdziałania w walce. Jako oficer podjął się dowództwa nad samodzielnym oddziałem konnym ponad stu Czeczeńców/…/
Czeczeńcy, wychowani w nakazach mahometańskiej religii, w tradycjach narodowych i rodzinnych, tworzyli skonsolidowane społeczności. Każdy, kto został do tych społeczności przyjęty, mógł czuć się bezpieczny. Wiadomo było, że każdy stanie w obronie każdego. Dlatego może obydwaj wspominali często okres spędzony w Czeczenii. Stryj miał świadomość, że znalazł tam swoją drugą, kochaną i bliska ojczyznę. Ojciec /autorki m.j/ równie serdecznie wspominał Czeczeńców jak Gruzinów, którzy mu stworzyli oparcie i uchronili przed obowiązkiem służby wojskowej w armii rosyjskiej/…/.”
Anna Pawełczyńska. „Koniec kresowego świata”/s223-7/
Oczywiście dzisiaj, po kilkunastu latach rządów Putina i terroru, Czeczenia jest tragiczną karykaturą swojego kraju, rządzoną przez zatwierdzonych przez Putina zdegenerowanych, czeczeńskich „sojuszników”.
